ONA
Nigdy nie byłam zagorzałą fanką Tokio Hotel. Nigdy też nie
pomyślałabym, że kiedykolwiek pojadę na ich koncert, dostanę autograf,
pamiątkowe zdjęcie, które zachowam na zawsze, a co dopiero, że ktoś taki jak Bill Kaulitz
może stać się dla mnie naprawdę ważną osobą. Piosenek słuchałam, bo słuchałam,
niektóre wywierały na mnie większe, inne mniejsze wrażenie, ale zawsze miło
jest wrócić do utworów, które jakiś czas temu przywoływały miłe wspomnienia i kojarzyły się z jakimś ważnym momentem z przeszłości. A
tak właśnie miałam z niektórymi piosenkami Tokio Hotel. Może z czasem
zapomniałabym jak w ogóle nazywał się zespół, który lubiłam, a który nie
cieszył się zbyt dużą tolerancją, a mnie to zupełnie nie przeszkadzało. Jednak
coś mnie podkusiło, aby kupić ten bilet wraz z pakietem VIP, który upoważniał
mnie do spotkania z nimi. Nigdy nie pomyślałabym, że odważyłabym się na coś tak
szalonego. Może gdybym chodziła na takie koncerty po kilka razy w miesiącu, nie
zrobiłoby to na mnie żadnej różnicy, ale nie byłam nigdy na żadnym podobnym występie i
ten jeden raz chciałam poczuć jak to jest. Szczerze powiedziawszy, nawet nie
wiedziałam, jak mam się ubrać! I to był chyba najcięższy wybór! Pamiętam jak
tego dnia stałam przed szafą z ubraniami i zastanawiałam się dobrą godzinę
nad tym, co mogłabym włożyć. Wiedziałam, że Tokio Hotel nie utrzymuje już stylu
takiego jak dobrych kilka lat wcześniej, więc mocny makijaż, skóra i temu
podobne klimaty już nie były rzeczą podstawową. Kiedy zdecydowałam się na coś
eleganckiego, od razu niemal odrzuciłam ten pomysł. Kto chodzi na koncerty w
szpilkach? Jednak może to nie byłoby takie złe, zwłaszcza, że nie jestem zbyt
wysoka. Koniec końców zadecydowałam, że ubiorę się ładnie, ale na luzie.
Przecież to koncert! Zwykłe dżinsy, sportowe buty i biała koszulka. Nie
przyciągałam wzroku, ale wyglądałam ładnie. Chciałam ładnie też wyjść na
zdjęciach i ładnie się prezentować, więc zrobiłam taki makijaż, żeby po dwóch
godzinach spędzonych w klubie, w zaduchu, nie wyglądać jak mokry mops. Nie
miałam pojęcia jednak, że swoim wyglądem mogłabym zwrócić na siebie uwagę
takiego człowieka jak Bill Kaulitz. Do tej pory wydaje mi się to niemożliwe.
Po koncercie i po spotkaniu z zespołem, wróciłam do porządku dziennego
i – jak gdyby nigdy nic się nie stało – wróciłam do pracy, bo ktoś musi
przecież pracować. Bycie menagerem dość sporej restauracji nie jest zawodem o
jakim marzyłam, ale zawsze są z tego jakieś pieniądze, zawsze można się z tego
utrzymać, więc zadecydowałam, że może dzięki temu uda mi się coś osiągnąć.
Chociaż praca w gastronomii może dać się we znaki i to już nawet po dwóch
latach spędzonych w takiej branży. Ale nie zmienia to faktu, że taki zawód
jednak ktoś musi wykonywać.
Następnego dnia po koncercie wróciłam do pracy, do codziennych
obowiązków. Bycie menagerem ma to do siebie, że można stawiać się tam na
dwunastą i wychodzić przed dwudziestą trzecią. Praca tym lepsza dla osoby,
która lubi sobie pospać. Najpierw podstawowe czynności – jak to w czwartek –
przejrzenie próśb grafikowych na następny tydzień po to, aby mieć z głowy
ułożenie grafiku, sklejenie tego w całość, co przy ograniczonej liczbie osób
nie jest łatwe. Po półtorej godzinie jednak udało mi się skończyć i mogłam
wrócić na salę.
Restauracja Providence w Los Angeles cieszy się dużą popularnością,
przychodzą tutaj czasami znani ludzie, którzy chcieliby coś zjeść, nie martwiąc
się, że będą zaczepiani przez fanów. Staramy się więc unikać tego za każdym
razem, kiedy taka właśnie osoba do nas przyjdzie. Dlatego też obsługą celebrytów zajmują się kierownicy zmiany, a kiedy zdarza się tak, że oni zajęci
są innymi gośćmi – ja spełniam rolę kelnerki, która obsługuje takich ludzi.
Staramy się nie oddzielać ich parawanami albo robić nie wiadomo jakiego
przedstawienia związanego z tym, że odwiedzają nas takie, a nie inne osoby.
Traktujemy ich jak wszystkich, ale jednak zwracamy uwagę na to, że mogą oni
dzielić się swoimi opiniami z innymi, więc serwis utrzymujemy na najwyższym
poziomie.
Tak było właśnie tego popołudnia, kiedy to stojąc obok hostessy,
przeglądałam listy obecności moich pracowników, a moim oczom ukazał się widok
niesamowity. Czterech mężczyzn. Wysokich. Wchodzących do mojej restauracji.
Wyglądających trochę inaczej niż poprzedniego wieczoru, ale jednak bardzo
znajomo.
- Dzień dobry – powiedział każdy po kolei, więc podniosłam wzrok, aby
uśmiechnąć się i odpowiedzieć to samo. I wtedy to uśmiech zamarł na mojej
twarzy, gdy zobaczyłam, kto taki wszedł. – Mieliśmy rezerwację na dzisiejszy
wieczór.
Hostessa przyjęła nazwisko, a ja zapatrzyłam się na tych czterech facetów,
jednak zaraz uprzytomniłam sobie, że oni na pewno mnie nie zapamiętali i tylko
pokręciłam głową, aby wyrzucić z głowy myśli o wczorajszym koncercie.
- Kaulitz – powiedział Bill uśmiechając się, ale nie rozpoznając mnie. Wiedziałam, że tak będzie, bo przecież ja jestem zwykłym, szarym,
przeciętnym człowiekiem. Dlaczego mieliby zwracać na mnie uwagę? – Prosiłem o
stolik pod oknem, trochę oddalony od środka sali.
- Niestety, nie mam na dzisiaj żadnej rezerwacji na pańskie nazwisko –
powiedziała hostessa, co od razu wzmogło moją czujność. Alicia pracowała tutaj
od miesiąca, w niektórych sytuacjach sobie nie radziła, więc obserwowałam ją i
byłam gotowa pomóc jej w razie czego. – Dokonał pan rezerwacji telefonicznie?
- Tak. Dzwoniłem tydzień temu. Nie pamiętam, kto odebrał telefon, ale
jestem pewien, że uzgadniałem to z jakąś kobietą. Rezerwacja na dzisiaj, cztery
osoby, menu wegetariańskie. – Bill nie był zły. Jeszcze nie w tym momencie.
- Niestety, proszę pana, ale nic nie mam. Jedynie na pojutrze, czyli
na sobotę. Może pomylił pan daty? Albo osoba, z którą pan rozmawiał? – Alicia
była opanowana, dobrze sobie radziła i – co najważniejsze – nie uśmiechała się
głupkowato, co zawsze źle działa na gości.
- Czy w takim razie jest szansa na stolik dla czterech osób? – wtrącił
się Georg. – Nie ukrywam, że sterczenie tutaj jest trochę głupie. Proszę tylko
powiedzieć czy znajdzie pani dla nas stolik, czy mamy po prostu szukać sobie
czegoś innego.
- Już sprawdzam, proszę o chwilę cierpliwości – powiedziała Alicia.
- Oczywiście – odezwałam się w końcu, obawiając się, co ta dziewczyna
może jeszcze wymyślić. Po pierwsze: nie chciałam stracić stolika na cztery
osoby, po drugie: gdzieś w głębi umysłu miałam nadzieję, że rozpoznają mnie z
wczorajszego koncertu, mimo, że dzisiaj ubrana byłam zupełnie inaczej. W pracy
musiałam nosić buty na wysokim obcasie i elegancki komplet – spodnie oraz
marynarkę. Tego dnia założyłam jeszcze białą koszulę, więc wyglądałam jakbym
szła na spotkanie biznesowe albo na egzamin. – Alicia, zajmę się panami –
zwróciłam się do niej, po czym dodałam w stronę gości: - Stolik VIP dla
czterech osób, menu wegetariańskie, zgadza się?
- Tak – odpowiedzieli chórem zadowoleni.
- Zapraszam więc za mną – z kartami w ręce ruszyłam przodem kierując
się do jednego z większych stołów, który najczęściej został zajmowany przez
gości, którzy dbali o spokój, kiedy do nas przychodzili. – Panowie byli już kiedyś
u nas? – zagadnęłam, gdy byliśmy w połowie drogi do stolika.
- Chyba dwa razy. Maksymalnie trzy – odpowiedział Bill. – Jednak nigdy
nie było problemu z rezerwacją. Jestem pewien, że mówiłem o czwartku.
- Przepraszam bardzo. Pewnie ktoś od nas zrobił błąd. Jeśli będziecie
panowie zdecydowani też na sobotę, również będzie nam bardzo miło, jeżeli nas
odwiedzicie – powiedziałam, rozkładając przed nimi karty dań. – Menu
wegetariańskie nie jest u nas zbyt bogate, ale oczywiście mamy takie pozycje
jak sałatki czy dania gorące. Możemy też coś panom przygotować spoza karty,
jeżeli na nic się panowie nie zdecydują.
Mówiłam to wszystko, co miałam mówić. Oni odpowiadali uprzejmie,
jednak chyba każdy gość, który przychodzi do restauracji nie chce rozmawiać,
lecz jeść. Zostawiłam więc ich na dziesięć minut, aby spokojnie mogli przejrzeć
menu i zastanowić się nad wyborem.
Miałam nieodparte wrażenie, że ci czterej mężczyźni w ogóle nie
pamiętają, że wczorajszego wieczora spędziliśmy razem miły wieczór na rozmowach
i żartach. Było mi z tego powodu trochę przykro, jednak starałam się tego nie
okazywać. W końcu skoro są sławnym zespołem, który ma wiele fanek, muszą być
przecież dla nich mili. Można by to porównać z hotelarstwem i ogólnie z
gastronomią – jeżeli płaszczysz się przed gościem, usługujesz mu, jesteś
przemiły, wtedy gość jest zadowolony, a jego opinia trafia do jego znajomych i
wtedy również oni będą przekonani, że wyjdą z restauracji zadowoleni. Jeden
zadowolony klient przyprowadzi dwóch, którzy będą mieć nadzieję, że zostaną potraktowani tak samo lub lepiej, co zapisze się w pozytywnie w ich pamięci, ale niezadowolony sprawi, że nie przyjdzie jedenastu jego
kolegów, bo będą myśleli, że knajpa, w której był ich znajomy, jest
beznadziejna. Tak mawiał mój dawny kierownik, gdy byłam jeszcze kelnerką.
Tak też pewnie było i w tym przypadku – poszłam na koncert i weszłam
za kulisy, gdzie zobaczyłam czterech przemiłych facetów, z którymi przegadałam
kilka godzin i czułam, że mnie polubili, że może jakimś cudem nawiąże się z
tego jakaś dobra znajomość – a tak naprawdę to była gra typu: ona wyjdzie
zadowolona i powie koleżankom, że jesteśmy super, dzięki czemu zyskamy fanów.
Nie mogłam powiedzieć, że nie było mi przykro, bo było. Jednak postanowiłam
zachowywać się jak oni, czyli tak, jakby wczorajszego dnia nie było. Dzisiaj
byli gośćmi VIP, których miałam obsługiwać jak najlepiej.
Wróciłam do nich po dziesięciu minutach. Widziałam, że karty mieli
rozłożone przed sobą i rozmawiali swobodnie, toteż domyśliłam się, że są
gotowi, aby złożyć zamówienie. Tym lepiej, że nie musiałabym wymieniać im
wszystkich pozycji z menu.
Przyjęłam zamówienie na cztery przystawki, odpowiadając na kilka pytań
związanych z daniami, następnie wybrali sobie dania główne oraz butelkę
francuskiego białego wina. Wstrzymali się z deserami, nie chcąc zamawiać
zbyt dużo.
- Czy mogę pani zadać dość głupie pytanie? – zapytał Bill, kiedy
potwierdziłam zamówienie i już miałam się skierować w stronę komputera, aby
wybić zamówienie dla kuchni.
- Tak, oczywiście – odparłam automatycznie.
- Czy nie spotkaliśmy się już wcześniej? – I w tym momencie zamarłam.
Serce zabiło mi mocniej, bo przecież tego właśnie oczekiwałam. Jakiegoś małego
zainteresowania, czegokolwiek.
- Bardzo możliwe – odpowiedziałam, decydując się na szczerość. Jakoś
nie potrafiłam odpowiedzieć kłamstwem, kiedy oczy Billa wpatrywały się we mnie
z zainteresowaniem. – Byłam wczoraj na waszym koncercie i miałam pakiet VIP z
wejściem za kulisy.
Czterej mężczyźni patrzyli na mnie ze zdziwieniem i wyrazem twarzy
jakby w pamięci szukali mojego obrazu w pamięci. Jakby próbowali sobie przypomnieć
wczorajszy wieczór.
- Ach! Wiedziałem, że skądś panią kojarzę! – uśmiechnął się Tom. – To znaczy,
ciebie… W sumie to nie wiem jak mam się zwracać.
- Mogą mi panowie mówić po imieniu – odpowiedziałam z równie szerokim
uśmiechem. Ucieszyłam się, że jednak gdzieś tam w zakamarkach ich pamięci
widnieje moja twarz, którą zapamiętali.
- W takim razie ty nam też – dodał Georg.
Powiedziałam im, że muszę wracać do pracy, bo jeśli będziemy tak
rozmawiać, nigdy nie dostaną swojego jedzenia i ruszyłam do komputera, aby
wybić zamówienie. Czułam, że od teraz moje życie się zmieni. Nie wiedziałam
jeszcze, dlaczego i w jaki sposób, ale miałam pewność, że skończy się monotonia i od
teraz będzie tylko lepiej.
Nie spodziewałam się jednak, że będzie aż tak dobrze.
Mhm... Marzenia <3 Muszę w końcu napisać to, że podoba mi się Twój styl pisania. Nie przepadam ogólnie za opowiadaniami, które są pisane w pierwszej osobie, jednak twoje proste zdania - czarno na białym - łatwość i lekkość czytania jest bezbłędna. Podoba mi się.
OdpowiedzUsuńDodaję Twojego bloga do siebie na bloga, a jeśli chcesz, również możesz zajrzeć do mnie. www.imsorrymrkaulitz.blogspot.com
Pozdrawiam :*